Zawód: pisarz

Pisarze i pisarki powinni nieść na sztandarach 800+, niski wiek emerytalny, komunalne mieszkalnictwo. Środowisko literackie powinny rozgrzewać dyskusje o bezwarunkowym dochodzie podstawowym. Kiedy poprawia się wszystkim, lepiej żyje się także pisarzom.
Czyta się kilka minut
Fot. Damian / stock.adobe.com
Fot. Damian / stock.adobe.com

W dyskusji o produkcji literackiej można zauważyć dwa dominujące postulaty: demokratyzacji i profesjonalizacji. Są one niemożliwe do jednoczesnego wprowadzenia, choć nadzwyczaj często promowane przez te same osoby. Dochodzi do postulatywnego rozdwojenia i artykułowania wykluczających się haseł. To pęknięcie nie byłoby niczym bardzo zaskakującym (my, humaniści, lubimy się pławić w aporiach), gdyby nie fakt, że argumenty dotyczą regulacji rynku książki i samorządowej bądź państwowej polityki kulturalnej.

Na czym polega to rozdwojenie? Z jednej strony argumentujemy za demokratyzacją i decentralizacją procesu twórczego. Dysponujemy masą narzędzi, które wspierają uprawianie twórczości literackiej – od lokalnych warsztatów pisarskich po Wattpada. Rynek wydawniczy w Polsce z roku na rok coraz chętniej przyjmuje debiutantów: nowe nazwiska są w cenie, chętnie się o nich rozmawia. Prawdopodobnie o wydanie pierwszej książki w rozpoznawalnej oficynie jest dziś nieco łatwiej niż przez kilkunastoma laty.

Ku ogólnemu zadowoleniu poszerza się więc grono literatów. Wielu Polaków pisze i traktuje to zajęcie poważnie. Z drugiej strony coraz głośniej wybrzmiewają postulaty profesjonalizacji zawodu pisarza oraz zrzeszania się w walce o wspólne interesy. Twórcy biorący udział w badaniu kondycji gdańskich pisarzy i pisarek, opublikowanym w raporcie „Pisać może dziś każdy”, mieli na ten temat dość jednoznaczną opinię. 

Jak podsumowuje Alicja Palęcka: „W zebranym materiale wyraźnie dominowało przekonanie, zupełnie nowe z perspektywy badań sprzed dekady, że pisanie to praca, za którą należy się wynagrodzenie. Jest to w tym sensie taka sama jak praca w supermarkecie, praca dentystki, kafelkarza i budowlańca czy też piekarza, żeby wymienić kilka zawodów, co do których, jak zauważają rozmówcy i rozmówczynie, nikt nie zastanawia się, czy wykonującym je ludziom należy płacić za poświęcony czas”.

Nie tylko przebadani autorzy artykułują ten punkt widzenia – jest on coraz powszechniej podzielany w środowisku literackim oraz gronie szeroko rozumianych pracowników kultury. Zdaje się jednak, że na poziomie logicznym trudno pogodzić entuzjazm wobec obu tych zjawisk: demokratyzacji i profesjonalizacji. 

W obecnym systemie pisanie może być albo powszechne, albo profesjonalne. Jeśli mamy postulować godziwe stawki za pisanie – jeśli chcemy, by praca pisarza była wyceniana tak, jak praca piekarza – musimy założyć określone kryteria selekcji dla tej grupy zawodowej. A także m.in. ilość produkcji literackiej, którą chcemy utrzymać – oczywiście zakładając, że państwo, w którym ludzie zajmują się jedynie pisaniem książek (tak jak i państwo zamieszkałe przez samych piekarzy), byłoby niezbyt funkcjonalne.

Rzecz jasna wyostrzam ten obraz. Domyślam się bowiem, jaka wizja produkcji literackiej stoi za jednoczesnym wspieraniem demokratyzacji i profesjonalizacji. Chodzi o to, żeby warunki do uprawiania tzw. amatorskiej twórczości były jak najlepsze: by wspierać dzieci i młodzież w realizacji ambicji literackich oraz wzmacniać działalność lokalnych domów kultury i rejonowych bibliotek, w których mogą spotykać się kluby czytelnicze i kółka pisarskie. Oraz by życie literackie było jak najbardziej inkluzywne i nie fundowało początkującym autorom „prób charakteru” przed debiutem – tj. by nie aprobować środowiskowego darwinizmu, zgodnie z którym przetrwają jedynie najlepiej dostosowani.

To wszystko dotyczy jednak odpowiedniego gospodarowania oddolną energią twórczą, wspierania jej na poziomie systemowym, ale nie profesjonalizacji. Uzawodowienie pisarstwa jest bowiem kolejnym krokiem, w pewnym sensie niezależnym od demokratyzacji. Jego istotą jest regularnie odbywająca się selekcja, za pomocą której wąskie grono autorów i autorek przenika z obiegu amatorskiego do profesjonalnego. Wtedy zaś należy zadbać o jak najlepsze warunki wykonywania zawodu dla tych twórców, których uznaliśmy za „dobro narodowe”, których wyłowiliśmy z rzeszy amatorów. Apel o zabezpieczenia socjalne i godziwe stawki obejmuje interes wszystkich tych, którzy przeszli sito selekcji.

Ten model produkcji literackiej oparty na dwóch obiegach brzmi racjonalnie, ale jak zwykle w tego typu sytuacjach diabeł tkwi w szczegółach. A właściwie – w kryteriach selekcji. Kto ma bowiem decydować (i na jakiej podstawie) o przejściu autora z jednego obiegu do drugiego? Który obieg jest tym właściwym (najwartościowszym, najistotniejszym z kulturotwórczego punktu widzenia)? Pomijam oczywiście tych autorów, którzy z obiegu amatorskiego wyłaniani są przez wolny rynek i radzą sobie na nim doskonale. 

Na poziomie postulatów politycznych interesuje nas raczej tworzenie publicznego zamówienia – a więc niemotywowane żądzą zysku decydowanie o tym, że chcemy wspierać danego twórcę, gdyż uważamy jego działalność za istotną (mimo iż nie zarabia na siebie masową sprzedażą książek). Rzecz dotyczy oczywiście polityki kulturalnej, która nigdy nie jest przezroczysta, nawet jeśli całkiem sprawnie taką pozoruje. Zawsze przecież u jej podstaw stoi przekonanie, że należy wspierać takie a nie inne wartości (etyczne lub estetyczne). Jeśli wybór nie jest zupełnie losowy, to musi być oparty na jakichś kryteriach, choćby niejawnych. Pytanie brzmi więc: kto o nich decyduje?

Jedna z potencjalnych odpowiedzi brzmi: krytyka literacka. Powszechne uskarżanie się na spadek znaczenia tej instancji życia literackiego przeczy powyższej intuicji. Pozycja krytyki przypomina dziś raczej pozycję stojącej przed domem baby, awanturującej się i wymachującej wałkiem w kierunku swojego chłopa, rynku książki, który szlaja się gdzie chce i nic sobie z tych pohukiwań nie robi. Jest się tą babą, skarży się głośno, wie się, że ma się rację, ale nie ma się pozycji władzy. I z całą pewnością nie dyktuje się tu żadnych warunków.

A więc kto? Instytucje dystrybuujące prestiż (jakoś tam z krytyką powiązane – głównie przez osoby ekspertów), takie jak nagrody literackie i ośrodki przyznające stypendia oraz rezydencje? Do pewnego stopnia na pewno. Mimo iż decyzje gremiów jurorskich nie mają faktycznego przełożenia na sprzedaż, to przemodelowują pozycje autorów.

Finansowa gratyfikacja związana z wyróżnieniami prowadzi do częściowego utrzymywania się z pracy literackiej: albo krótkotrwale zapewnia autorowi byt, albo umożliwia mu na jakiś czas rezygnację z niektórych zobowiązań zawodowych. Nagrody pieniężne przyczyniają się więc do tego, że pisarze przechodzą z jednego obiegu do drugiego. Właśnie w ten sposób – za pomocą praktycznych decyzji – kształtują się kryteria. Często możemy się ich domyślić na podstawie analizy już podjętych decyzji.

Wobec nieprzeźroczystości zasad dystrybuowania prestiżu trudno dziwić się autorom sarkającym na mglistość tego systemu. Badani pisarze z Gdańska narzekają na upolitycznienie wyróżnień oraz ich towarzyskie zabetonowanie. Jeśli wierzyć ich skargom, można uznać, że w praktyce o sukcesie i widoczności autora decydują nie instytucje, lecz znajomości. Ten zarzut jest trudny do szybkiej weryfikacji – z pewnością wiele zależy od tego, jakim regulacjom podlegają eksperci decydujący o stypendiach czy nagrodach – nie należałoby jednak w punkcie wyjścia zakładać, że jest wyssany z palca.

Wszystko więc jakoś działa, ale problemy się mnożą. Autorzy, którym udało się przedostać z obiegu amatorskiego do profesjonalnego, są przekonani, że stało się to dzięki ich talentowi i ciężkiej pracy. Z kolei ci, którzy utknęli w czyśćcu – i stale obijają się o główny obieg, ale daleko im do choćby częściowego utrzymywania się z pracy literackiej – są przekonani, że padli ofiarą braku koneksji i niedopasowania do aktualnej koniunktury. Trudno uniknąć wrażenia, że wszyscy patrzymy tylko na jakieś wycinki krajobrazu, gubiąc po drodze szansę za uchwycenie całości.

Nie chcę w tym miejscu bynajmniej sugerować, że mam pomysł na to, jak powinna wyglądać polityka kulturalna Polski i że dysponuję receptą na wszystkie wypunktowane wyżej problemy. Wręcz przeciwnie – głowię się nad nimi i jestem przekonana, że moja pozycja jest mocno ograniczona. Brakuje mi zarówno twardych danych związanych z kulturą literacką współczesnej Polski, jak i wiedzy o specyficznych trudnościach, na jakie natrafiają ci, z którymi sama mam niewiele wspólnego. Myślę jednak stale o jednym zasobie, który – co do tego nie mam żadnych wątpliwości – jest absolutnie kluczowy zarówno gdy mówimy o odbiorze produkcji kulturalnej, jak i jej tworzeniu. Tym zasobem jest wolny czas.

Dzięki dysponowaniu wolnym czasem możliwa jest sztuka i literatura. Bez odpowiedniej ilości wolnego czasu nie da się ani przeczytać dłuższej powieści, ani jej napisać. Kultura studencka od lat przeżywa kryzys nie tylko dlatego, że stale demontuje się służącą jej infrastrukturę, ale przede wszystkim dlatego, że po zajęciach studenci chodzą do pracy, a po pracy na zajęcia i nie zostaje im zbyt wiele wolnej przestrzeni na założenie grupy literackiej czy kabaretu. Pisarze i pisarki domagają się wynagrodzenia za swoją pracę nie tylko dlatego, że chcą quasirynkowego uprawomocnienia swojej pozycji, ale dlatego, że honorarium oznacza dla nich więcej niezagospodarowanego inną zawodową aktywnością czasu, który mogą przeznaczyć na dalszą pracę twórczą.

Jedynym sposobem racjonalnego i sprawiedliwego godzenia postulatów demokratyzacji i profesjonalizacji wydaje się więc walka o wolny czas dla wszystkich. Tak dla już piszących, jak i dla potencjalnych autorów i twórców-amatorów. Dla tych, którzy czytają, jak i dla tych, którzy po pracy nie mają sił sięgać po książkę. Poszerzenie dostępu do tego zasobu przyniosą nam jednak nie kampanie promujące czytelnictwo, lecz wszelkie formy redystrybucji i świadczeń uniwersalnych. 

Trudno oprzeć się więc wrażeniu, że na postulaty bezpieczeństwa socjalnego powinniśmy patrzeć poza branżowym partykularyzmem. Pisarze i pisarki powinni nieść na sztandarach 800+, niski wiek emerytalny, komunalne mieszkalnictwo. Środowisko literackie powinny rozgrzewać dyskusje o Bezwarunkowym Dochodzie Podstawowym. Kiedy poprawia się wszystkim, poprawia się też pisarzom. Wiara w odwróconą wersję tej tezy („kiedy poprawia się pisarzom, poprawia się całemu społeczeństwu”) jest jedynie fantazją.


31 sierpnia o godz. 12 w Muzeum Miasta Gdyni odbędzie się spotkanie, podczas którego przedyskutujemy przedstawione powyżej tezy. Rozmawiać będą: Anna Łazar, Grzegorz Jankowicz, Alicja Palęcka i Jacek Dehnel, prowadzenie: Zuzanna Sala. Spotkanie będzie można także obejrzeć także na Facebooku Nagrody Literackiej Gdynia.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Na okładce: Chrystus Pantokrator zXIX w., autor nieznany, galeria miejska wJaninie, Grecja // Historic Images / Alamy Stock Photo

Artykuł pochodzi z numeru Nr 35/2024

Artykuł pochodzi z dodatku Nagroda Literacka GDYNIA 2024