Zawartość naszej poczty elektronicznej dobrze ilustruje kondycję pola literackiego w Polsce. W nadsyłanych propozycjach wydawniczych manifestuje się dyskurs, który nami rządzi, a także późnokapitalistyczna rzeczywistość. Wiele z nich ma określoną strukturę – oprócz samego tekstu otrzymujemy informacje o prognozowanej grupie odbiorców i możliwościach autopromocyjnych pisarki lub pisarza.
Być może ktoś gdzieś, na kursach pisania, uczy uczestniczki i uczestników takiego modelu komunikacji z wydawnictwami. Ale biorąc pod uwagę, że takie wiadomości otrzymujemy również od osób, które chcą zaistnieć w autonomicznej części pola, w niszy literatury ambitnej, a nie gatunkowej, można wyciągnąć z tego inny, bardziej niepokojący wniosek: książka jako taka stała się produktem, który należy jak najlepiej sprzedać, zaspokoić oczekiwania określonej grupy czytelników, z góry przez aspirującego pisarza lub pisarkę zdefiniowanej.
Ma w tym pomóc właśnie wspomniany potencjał autopromocyjny, który dobrze jest zbudować, jeszcze zanim skieruje się propozycję do wydawnictwa. Zdaje się, że rzeczywiście świadczy to o znaczących przesunięciach w hierarchii kapitałów, o które walczą uczestnicy pola literackiego. Dla części autorów liczy się dziś przede wszystkim widzialność w nowych mediach i mediach tradycyjnych, potencjalnie gwarantowana przez chwytliwe tematy podejmowane w ich twórczości, mniej zaś prestiż, tradycyjnie rozumiany jako uznanie krytyki, nominacje i nagrody.
Chyba trudno się temu dziwić, skoro arytmetyka mówi sama za siebie. Przyjmując, że średni nakład książki w Polsce wynosi około dwóch tysięcy egzemplarzy, a osoba pisząca otrzymuje zazwyczaj tantiemy w wysokości kilkunastu procent ceny okładkowej (załóżmy, że wynosi ona pięćdziesiąt złotych), łatwo obliczyć, ile pieniędzy dostanie za kilka lat pracy twórczej. Dziesięć–piętnaście tysięcy złotych.
Te prekarne realia stanowią być może wystarczające wyjaśnienie, dlaczego wielu aspirującym autorkom i autorom, wciąż wierzącym, że mimo wszystko odniosą sukces finansowy, tak bardzo zależy na widzialności w mediach tradycyjnych i społecznościowych, która w sposób bardziej oczywisty przekłada się na sprzedaż książki niż pochwały akademickiej krytyki.
Dyskurs krytycznoliteracki się zdemokratyzował, a uczestnicy pola literackiego zaczęli mylić kapitał medialny z symbolicznym. Krytyka jako instytucja uległa dewaluacji i straciła moc konsekrującą. Także my, wydawcy literatury ambitnej, cieszymy się z przychylnych omówień autorstwa poważanych krytyków w dużej mierze w nadziei, że wpłynie to na sprzedaż naszych książek i pozwoli nam nie zatonąć: ograniczyć straty, spłacić długi, może wyjść na zero, czasem coś zarobić.
Bywa bowiem, że nie tylko pisarze, ale i wydawcy wiodą podwójne życie, ponieważ nie są w stanie utrzymać się z głównej aktywności, jaką podejmują w polu – pisania i wydawania. Pracują na drugi etat, ci pierwsi – żeby związać koniec z końcem, ci drudzy – żeby podtrzymać przy życiu oficynę, którą prowadzą. Jedziemy na jednym wózku i ten wózek niechybnie i z hukiem się przewróci, jeśli nic nie zmienimy.
Co jednak musiałoby się wydarzyć, żeby karta się odwróciła? Nadzieja odżyła we mnie po zmianach w Instytucie Książki i Polskiej Izbie Książki. Ratunkiem byłaby dla nas – pisarzy, wydawców i księgarzy – ustawa o jednolitej cenie książki, o ile oczywiście regulowałaby także relacje między wydawnictwami a dystrybutorami, zabierającymi nam obecnie ponad połowę ceny okładkowej, oraz rozbudowany system państwowego wsparcia dla ambitnej literatury i wszystkich uczestników pola, którzy są zaangażowani w jej powstawanie.
„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.















