Komu są potrzebne nagrody literackie

Społeczne oddziaływanie polskich nagród literackich jest już właściwie bez znaczenia. W dodatku uległy one prywatyzacji: ich faktycznymi beneficjentami nie są już twórcy i czytelnicy, ale nagradzający.
Czyta się kilka minut
Przygotowania do gali Nagrody Literackiej „Nike”. Warszawa, 2 października 2022 r. // Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl
Przygotowania do gali Nagrody Literackiej „Nike”. Warszawa, 2 października 2022 r. // Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl

Warto to sobie uprzytomnić, nim zacznie się literacki sezon: w Polsce jest ponad sto nagród literackich. Zdecydowana większość z nich przyznawana jest cyklicznie. Mimo tej niewątpliwej inflacji wciąż ich przybywa i nic nie wskazuje, żeby miało przestać.

Za najważniejszy laur w tej dziedzinie często i z nawyku uznaje się Nagrodę Literacką „Nike”, która przez lata swoim prestiżem i oddziaływaniem przyćmiewała inne wyróżnienia. Z czasem wyrosły jednak kolejne, które zbudowały własną, niemałą renomę – w wymiarze regionalnym, ale przede wszystkim środowiskowym: Nagroda Literacka Gdynia, Nagroda Literacka Europy Środkowej „Angelus”, Nagroda Conrada, Nagroda Literacka im. Witolda Gombrowicza, Paszporty „Polityki” w kategorii literatura czy Nagroda Literacka m.st. Warszawy.

Pytani przeze mnie wydawcy twierdzą, że nagrody „przestały już sprzedawać” – nie wpływają na czytelniczy popyt. Dotyczy to również Nagrody Literackiej „Nike”, która przez lata cieszyła się opinią lauru mającego przełożenie na promocję i sprzedaż – książek-laureatek, a nawet książek-finalistek.

Jedną – choć nie najważniejszą – z przyczyn tej deprecjacji konkursów literackich jest skala rynku książkowego. W Polsce ukazuje się ponad osiemdziesiąt tytułów dziennie! Mówimy tu oczywiście o wszystkich książkach, z których większość nie ma nic wspólnego z literaturą piękną (stanowi niecałe 40 proc. ogółu). Mogłoby się wydawać, że ten zalew książek powinien sprzyjać oddziaływaniu nagród – mogłyby być latarniami dla czytelników dryfujących po tym oceanie. Dlaczego tak się nie dzieje?

Polskie nagrody literackie w swych mechanizmach funkcjonowania są mętne, czasem wręcz wątpliwe etycznie. Ich reguły funkcjonowania są zabetonowane oraz odporne na krytykę, i wreszcie – co najważniejsze – ekonomia prestiżu, która im towarzyszy, jest wyłącznie środowiskowa.

W ostatnich latach większość rozstrzygnięć w najważniejszych konkursach budziła moje wątpliwości, a nieraz wprawiała w osłupienie.

Benefity

Każdy werdykt jury w tak delikatnej materii jak literatura jest arbitralny i musi wywoływać spolaryzowany rezonans, to naturalne. Taki ferment sprzyja obiegowi literackiemu i pobudzająco oddziałuje na czytelników. Tylko że owe spory w naszym polu literackim właściwie wygasły, dyskusja wokół rozstrzygnięć konkursowych spadła niemal do zera – krytycy i recenzenci co najwyżej manifestują swoje niezainteresowanie werdyktami.

Jest to część szerszego procesu – programowej likwidacji krytyki literackiej jako platformy do prowadzenia kulturowych i ideologicznych sporów. Przykładem są teksty Macieja Jakubowiaka i Konstantego Famulskiego w „Dwutygodniku” – wokół literatury, jak zdają się postulować autorzy, ma być miło i cicho (pisałem o tym niedawno na łamach „Kultury Liberalnej”, a Barbara Rojek i Sonia Nowacka w „Małym Formacie”).

W krajach Europy Zachodniej jest zupełnie odwrotnie – co roku toczą się gorące debaty dotyczące rozstrzygnięć ważnych konkursów literackich – Akademii Goncourtów (najważniejsza nagroda literacka Francji), Nagrody Bookera (najważniejszy europejski laur literatury języka angielskiego) czy Literackiej Nagroda Nobla.

W tym ostatnim przypadku za dowód niech posłuży niezwykle ostra debata wokół zeszłorocznej noblistkiHan Kang – która toczyła się na łamach prasy światowej. W Polsce, poza nielicznymi recenzjami krytycznymi dzieł koreańskiej noblistki i to wyłącznie w niszowej prasie, ten temat przeszedł niemal bez echa. W ogóle krytyczna recepcja dzieł nagradzanych w Europie w ostatnich latach na łamach polskiej prasy właściwie wygasła. To wszystko powoduje, że i polskie nagrody nie mają szans wywierać realnego wpływu na czytelników, a w efekcie przynoszą niewiele korzyści pisarzom i pisarkom.

Owe korzyści ograniczają się najczęściej do niepewnych szans – na przykład na większe zainteresowanie wydawców kolejną książką laureata, najczęściej bez korzyści materialnych w postaci wysokości zaliczki czy tantiem. Nagrody mogą też budować lepszą pozycję autorów w staraniach o grant czy rezydencję literacką, sprzyjają chwilowemu zainteresowaniu mediów czy bibliotek. Nie jest to dużo i są to benefity możliwe do zdyskontowania wyłącznie w bardzo krótkim czasie.

Jurorzy

U podstaw wygaszania „mocy” polskich nagród leżą regulacje prawno-organizacyjne, na których ufundowane są konkursy.

Po pierwsze: skład jury jest powoływany bez żadnych czytelnych kryteriów przez fundatora. Prezydenci polskich miast rozdają wiele sowitych nagród. Mamy nagrodę prezydentów Gdyni, Radomia, Warszawy czy Wrocławia.

Nie ma żadnych ostrych kryteriów powoływania jury – poza tym, że mają to być „wybitni specjaliści w dziedzinie literatury” (to zapis wprost z jednego regulaminu). Z regulaminów trudno jednak wywnioskować, co to właściwie oznacza. Ba! – są nagrody, w których nie ma literalnie żadnych kryteriów rekrutacyjnych jury, przykładem (jednym z wielu) jest Nagroda im. Witolda Gombrowicza przyznawana przez prezydenta Radomia.

Powstaje zasadnicze pytanie – jakie kompetencje literackie ma, dajmy na to, prezydent Szczecina, żeby rozstrzygnąć o tym, kto ma decydować o wyróżnieniach literackich? Dlaczego tego typu decyzje nie są poddawane szerszej, publicznej debacie? I wreszcie najważniejsze – jakimi zasadami rekrutacyjnymi kieruje się ten czy inny urzędnik? Głównym kryterium w takim wypadku staje się zawodowstwo jurora w jurorowaniu.

Pula osób, które jurorują, jest zwarta i bardzo rzadko otwiera się na nowych ludzi. Po wygaśnięciu kadencji w jednym jury, „juror-specjalista” powoływany jest do kolejnego. A w tych nagrodach, których regulaminy pozwalają bez ograniczeń powtarzać kadencję (co samo w sobie uznaję za patologię), są jurorzy, którzy pracują tam z krótkimi przerwami całymi latami. Przykłady pierwsze z brzegu: Stanisław Bereś i Inga Iwasiów przepracowali ponad pięć lat, Przemysław Czapliński – ponad dziesięć w jury Nagrody „Nike”. Oczywiście nie podważam ich kompetencji i olbrzymich zasług. Chcę tymi przykładami (reprezentatywnymi dla większości konkursów) zobrazować tylko, jak bardzo elitarne i hermetyczne stały się gremia jurorskie.

Warto też podkreślić, że wskazania jurorów są także warunkowane osobistymi preferencjami literackimi oceniających, co jest rzecz jasna naturalne. Nie ma przecież żadnego wzorca estetycznego czy kulturowego, który mógłby dyktować twarde kryteria werdyktów konkursowych. Jednak w wąskich, elitarnych gremiach trudno uniknąć uwspólnienia osądów. A brak fermentu nie sprzyja zróżnicowaniu werdyktów i ożywieniu obiegu literackiego.

Książki autorstwa członka lub członkini kapituły nie mogą wziąć udziału w konkursie, co nie wyklucza zgłoszenia książki członka jury do innego konkursu; jest tych konkursów tyle, że żaden juror, który jest twórcą (a takich jest wielu) nie może czuć się pokrzywdzony z tytułu pracy w tej czy innej kapitule. A co ważniejsze – po zakończeniu pracy w jury danej nagrody autor może zgłosić swoją książkę do oceny w konkursie, w którym wcześniej pracował. Mamy wtedy do czynienia z sytuacją, kiedy to jury ocenia książkę swojej koleżanki lub kolegi. I nie jest to wyłącznie teoretyczna możliwość – tak działo się wielokrotnie. Zresztą w programowo zamkniętym krwiobiegu jurorów jest to nie do uniknięcia. Podobnie jak przypadek, kiedy nagrodę odbiera niegdysiejszy jej juror.

Nie bez znaczenia są też kwestie pokoleniowe. Mamy wysoką średnią wieku jurorów. Brak istotnej reprezentacji młodych krytyczek czy akademiczek w składach jurorskich zawęża horyzont nagród. Wystarczy zderzyć teksty krytyczne młodego pokolenia z pracami starszych krytyków czy akademików – rozbieżności ocen wartości literackich dzieł w wymiarze estetycznym czy społeczno-kulturowym są znaczące. Co więcej, spektrum tytułów będących przedmiotem zainteresowania specjalistów także pokoleniowo się różni. Ale w Polsce mamy do czynienia, by tak rzec, z ligą zawodowych graczy w nagrody.

Poważne zastrzeżenia budzą też zależności ekonomiczne jurorów. Wielu z nich, za pieniądze wydawców, regularnie prowadzi spotkania autorskie lub aktywnie uczestniczy w premierach książek. Dzieła te są później zgłaszane przez wydawców do konkursów, w których decyzje o wyróżnieniach podejmują ci sami, którzy wcześniej odpłatnie promowali ich autorów. Niejednokrotnie zdarza się też, że jurorzy piszą (także za pieniądze wydawców) blurby, czyli polecenia, które czytelnik może znaleźć na okładkach książek.

Pieniądze

Niemal żadna z analizowanych przeze mnie nagród literackich nie podejmuje próby reformy swoich reguł. Najbardziej jaskrawym przykładem jest ta ponoć najważniejsza – „Nike”. Jej wysokość jest niezmienna od prawie 30 lat – wynosi 100 tys. zł. Już od dawna nie jest to najwyższa kwota, jaką pisarz lub pisarka może otrzymać (przykładem „Angelus”, który daje 150 tys. zł). Na pewno waloryzacja finansowa Nagrody Literackiej „Nike” mogłaby powstrzymać spadek jej znaczenia i prestiżu.

Jednak ważniejsze jest to, że „Nike” wyłania tylko jedną książkę spośród tak różnych gatunków jak proza, poezja, reportaż czy esej. Ta reguła była wielokrotnie krytykowana, bez echa rzecz jasna. A przecież mamy w Polsce dobre i sprawdzone praktyki – przykładem Literacka Nagroda Gdynia, która przyznaje laury w czterech kategoriach – poezji, prozie, eseistyce i przekładzie. Podobnie Nagroda m.st. Warszawy, która przyznaje równorzędne wyróżnienia w kilku gatunkach literackich.

„Nike” nie nagradza też finansowo nominowanych i finalistów, co także wydaje się niezrozumiałe w przypadku nagrody kreowanej na tę najważniejszą. Ale także w przypadku innych nagród zwycięzca jest zwykle jeden – nominowani odchodzą z niczym.

Nagrodzie „Nike” towarzyszyło kilka skandali – także takich, które dotyczyły składu lub funkcjonowania jury. Ostatnio okazało się, że członkinią kapituły była osoba oskarżona o mobbing w podległej jej instytucji kultury. Nagroda Literacka Nobla zawiesiła – także w związku ze skandalami wokół jury – swoją działalność na rok, żeby dokonać samooczyszczenia oraz realnej, i to publicznie konsultowanej, reformy. „Nike” trwa od trzydziestu lat niewzruszona i posiada najbardziej zabetonowane reguły ze wszystkich polskich nagród, co powodowało już gorszące patologie.

Spotkanie z nominowanymi do 18. Nagrody Literackiej Gdynia w kategorii Proza. Od lewej: prowadząca spotkanie redaktorka naczelna „Dwutygodnika” Zofia Król oraz Mateusz Górniak, Zyta Rudzka, Agnieszka Jelonek, Wiktoria Bieżuńska i Małgorzata Żarów, sierpień 2023 r. // Fot. Anna Rezulak / Materiały prasowe NLG

Tajemnica

To, co łączy wszystkie nagrody, to tajność – od wynagrodzeń za pracę jurora (w żadnym regulaminie nie znalazłem kwoty honorarium, poza informacją, że tę ustala fundator), po protokoły z obrad. Nie wiemy, czy w ogóle takie protokoły powstają. Nawet Literacka Nagroda Nobla otwiera swoje archiwa; archiwa polskich nagród – o ile istnieją – są zapieczętowane na wieczność.

Owa tajność ma jeszcze inny, krzywdzący autorów i autorki wymiar. Otóż fundatorzy i kapituły polskich nagród nie dbają o komunikację z czytelnikami. Rozstrzygnięcia toczą się na zamkniętych balach i bankietach, żeby następnego dnia przepaść w zmilczeniu. Wyłącznie dwie nagrody mają intensywną komunikację, ale tylko dlatego, że ich współorganizatorami są wysokonakładowe pisma – „Gazeta Wyborcza” („Nike”) i „Polityka” (Paszporty).

Przytłaczająca większość wyróżnień literackich jest fundowana z publicznych pieniędzy. A konkursy literackie to niezwykle kosztowne przedsięwzięcia. Wystarczy policzyć budżety na nagrody – w przypadku niektórych przekraczają 300 tys. zł. Jeśli doliczyć do tego wynagrodzenie jurorów (tajne) oraz koszty organizacji (również tajne) okaże się, że budżety wszystkich corocznych nagród rozdawanych za publiczne pieniądze to kwota co najmniej siedmiocyfrowa.

W tym świetle brak profesjonalnej komunikacji skierowanej do czytelników zakrawa na skandal. Organizatorzy i fundatorzy nagród nie potrafią zadbać o marketing, który mógłby przyciągać uwagę czytelników, a tym samym wpływać na ich realną wartość kulturotwórczą. Jakby nikt nie był nią zainteresowany. Kapitał – ekonomiczny, kulturowy, towarzyski – obraca się wyłącznie wśród wąskiej elity.

James F. English, autor książki „Ekonomia prestiżu. Nagrody, wyróżnienia i wymiana kulturowa” wydanej w 2005 r. (polskie wydanie – 2013), będącej efektem pionierskich badań, stwierdza: „Nagrody są formą waluty w ekonomii prestiżu, sposobem na zamianę osiągnięć kulturowych w kapitał społeczny i ekonomiczny”. Sądzę, że ta myśl w skomplikowanym i mętnym uniwersum nagród literackich w Polsce pod koniec drugiej i na początku trzeciej dekady XXI w. ma przewrotną ważność: beneficjentami owego kapitału społecznego i ekonomicznego nie są nagrodzeni (pisarze i pisarki), a już w żadnej mierze odbiorcy kultury. Są nimi przede wszystkim nagradzający – zarówno miasta przyznające laury, jak i jurorzy oraz jurorki. A także prowadzący gale popularni prezenterzy i prezenterki.

Mojemu zainteresowaniu nagrodami, których ciemniejące fluktuacje śledzę od lat, towarzyszy perwersyjna ambiwalencja, bliska tej, jaką w książce „Moje nagrody” dobitnie zamanifestował austriacki pisarz Thomas Bernhard: „Przez te wszystkie lata, kiedy obsypywano mnie nagrodami, byłem zbyt słaby, by odmówić. To poważna skaza mojego charakteru. Gardziłem tymi, co dawali mi nagrody, ale nigdy nie odmówiłem przyjęcia. Wszystko to wydawało mi się wstrętne (...) Nienawidziłem tych ceremonii, ale brałem w nich udział, nienawidziłem fundatorów nagród, ale brałem od nich pieniądze. Dziś już bym tego nie zrobił”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Na okładce: Chrystus Pantokrator zXIX w., autor nieznany, galeria miejska wJaninie, Grecja // Historic Images / Alamy Stock Photo

Artykuł pochodzi z numeru Nr 15/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Wielka dewaluacja