Jeśli polski przekład tej powieści, dokonany przez Piotra Siemiona, doczekał się właśnie piątej edycji, od jego pierwodruku w „Literaturze na Świecie” w 1985 r., możemy bezpiecznie założyć, że „49 idzie pod młotek” Thomasa Pynchona jest dziełem nietuzinkowym. A jeśli, jak łatwo zauważyć, po tę powieść sięgają nie tylko nowi czytelnicy, ale i ci, którzy ją po kilka razy już czytali, możemy powiedzieć, że to dzieło, które nie straciło nic na aktualności.
Choć kanon współczesnej literatury jest miejscem wyjątkowo kapryśnym, Pynchon zapewnił w nim sobie, między innymi dzięki tej powieści, bezpieczne, wpisane do ksiąg wieczystych miejsce: ilu twórców powojennej literatury amerykańskiej było w swej sztuce na tyle bezkompromisowych, by móc to samo o sobie powiedzieć? Troje? Czworo? William Burroughs, Toni Morrison, Don DeLillo, David Foster Wallace?
Już debiut Pynchona, „V.” (1963), czarna komedia rozegrana na wielu płaszczyznach czasowych, zrywającą z fabularną spoistością, kreująca wizję obłąkanego świata spisków, śledztw i szyfrów, świata ludzi, postludzi i cyborgów, dowodził, że mamy do czynienia z pisarstwem bezczelnie inteligentnym. I anarchicznym zarazem.
Zapowiadał niektóre wątki drugiej, jak dotąd najkrótszej powieści Pynchona „49 idzie pod młotek” (1966). Po jej sukcesie autor oszołomił wszystkich wyłamującą się wszelkim definicjom, wszystkożerną, gargantuiczną „Tęczą grawitacji” (1973), do dziś uznawaną za jedno z największych osiągnięć, jak chcą niektórzy – literatury amerykańskiej, jak chcą inni – postmodernizmu w literaturze. To poddana potężnej sile odśrodkowej para-historyczna powieść halucynacja, kolejny obraz oplątanego siecią spisków, kontrolowanego z ukrycia świata, który wchodzi w ostatnie stadium rozkładu.
Jedno jest tu pewne: „Tęcza grawitacji”, będąca nie lada wyzwaniem w lekturze, okazała się bezprecedensowym źródłem inspiracji dla niezliczonych twórców. Po niej przyszły kolejne powieści Pynchona, niemal wszystkie, łącznie ze sfilmowaną „Wadą ukrytą” (2011) i najnowszą „W sieci” (2015), już spolszczone.

Z czego się składa proza Pynchona
Nikt bardziej wiarygodnie niż Pynchon nie sportretował współczesnego chaosu, w jego zarówno groźnych, jak i groteskowych wcieleniach, nikt nie oddał lepiej poczucia zagubienia i wynikłej z niego obsesyjnej potrzeby odnajdywania ukrytych znaczeń, wzorów i komunikatów. Nikt nie zakorzenił tych lęków w rzeczywistości przefiltrowanej co prawda przez autorską wyobraźnię, ale jednak historycznie rozpoznawalnej: najczęściej jest to świat zimnej wojny i lat ją poprzedzających.
Napisać o chaosie tak, by czytelnicy nie tyle się w tej prozie pogubili, co dali się wessać w obłąkańczy wir słów, obrazów i postaci, a potem do tego doświadczenia w kolejnych lekturach chcieli wracać, to dowód wyjątkowej wiarygodności tego pisarza. Pynchonowskie wizje, choć wdzierające się często na obszar psychodelicznych doznań i maniakalnych urojeń, jakby autor rozregulował nam, a przede wszystkim sobie, zmysły, są jednocześnie głęboko ugruntowane w jego erudycyjnej wiedzy o współczesnej nauce, technologii i ich powiązaniach z wielkim kapitałem.
Pisarz wszak studiował (krótko) fizykę, a co ważniejsze, pracował w przemyśle zbrojeniowym, obserwując – u szczytu zimnej wojny – produkcję rakiet balistycznych, które wkrótce odegrają niepoślednią rolę w jego najgłośniejszych powieściach.
„49 idzie pod młotek” to najpopularniejsza i najbardziej przystępna z powieści Pynchona, której naturalnym środowiskiem jest amerykańska kontrkultura lat 60. Elementy współtworzące tę prozę, a wywodzące się z ducha kontrkultury, mógłbym długo wyliczać: radykalna antysystemowość, klimat swobody obyczajowej i rosnące znaczenie subkultury rocka, upodobanie do środków poszerzających świadomość, krytyka militaryzmu, przemysłu zbrojeniowego i sprzężonej z biznesem nauki, eklektyczna świadomość łącząca zainteresowanie duchowością z fascynacją nowymi technologiami, a nawet sama idea alternatywnej rzeczywistości.
Teorie spiskowe w literaturze amerykańskiej
Powieść długo pozostaje w pamięci dzięki paranoicznemu obrazowi współczesnej nam rzeczywistości, w której pociąga za sznurki głęboko zakonspirowana, wszechwładna organizacja. Wraz z bohaterką o niepokojąco mitycznym imieniu Edypa, która niespodziewanie zostaje wykonawczynią testamentu pewnego milionera, a dawnego kochanka, jesteśmy gotowi uwierzyć, że pod powierzchnią najzwyczajniejszych zjawisk kryje się alternatywny świat.
Sygnały jego istnienia, nieczytelne dla niewtajemniczonych, znaleźć można wszędzie: na ścianach publicznych toalet i na znaczkach pocztowych, w koszach na śmieci, a nawet w monologach siedemnastowiecznej tragedii jakobińskiej. Tu nic nie jest takie, jakie się nam może wydawać.
Pod tym względem powieść Pynchona jest z ducha bardzo amerykańska – zwłaszcza jeśli uznamy, że mitem założycielskim współczesnej Ameryki było zabójstwo Johna Kennedy’ego, które stało się zarzewiem niezliczonych, wzajemnie sprzecznych, do dziś żywych teorii spiskowych. Niewytłumaczone okoliczności jego śmierci tkwią u podłoża także wielu innych, późniejszych teorii konspiracyjnych, a to, że lądowania na Księżycu nie było, a to znów, że atak na Światowe Centrum Handlu odbył się z przyzwoleniem, jeśli nie z inicjatywy, samego prezydenta Busha. Najnowszym przejawem tego typu myślenia jest ruch QAnon, który doprowadził do szturmu na Kapitol tysiące Amerykanów przekonanych, że wybory prezydenckie, przegrane przez Trumpa, były sfałszowane.
I co się dziwić, że spiskową atmosferą, kreślącą granice poznawalności naszego świata, karmi się suto literatura amerykańska, zarówno ta z wyższej półki, na przykład próbująca odtworzyć biografię zabójcy Kennedy’ego „Libra” Dona DeLillo, jak i popularna, kultowa trylogia „Illuminatus!” Roberta Wilsona i Roberta Shei. A jednak w powieści Pynchona, opublikowanej zaledwie trzy lata po zabójstwie w Dallas, ten paranoiczny obraz świata, którego mechanizmów nie da się przeniknąć, a realności sprawdzić, znajduje najdoskonalszą bodaj realizację.
Dla polskich teorii spiskowych pożywką był, i pozostaje, antysemityzm. Poza nim, choć nie brakuje niewyjaśnionych, narracjogennych wydarzeń, takich jak katastrofa na Gibraltarze czy samobójstwo Leppera, teorie spiskowe pojawiały się w ograniczonym zakresie – aż do Smoleńska. Do niedawna gotów byłem sądzić, że to wyłącznie amerykańska specjalność.
Słowo Pynchona
Dominujące interpretacje powieści Pynchona skupiają się na spiskowym wątku i związanym z nim tematem entropii, choć autor podsuwa także inne tropy. Przy pierwszej lekturze może nam umknąć, że myśl o tajnym stowarzyszeniu rodzi się w umyśle Edypy stosunkowo późno, bo dopiero w trzecim rozdziale. Wcześniej Edypa doświadcza niepokoju zgoła innego rodzaju, który Pynchon nazywa „odczuwaniem braku intensywności świata”, a co mógłbym, ryzykując anachronizm, nazwać metafizycznym nienasyceniem.
Bo niepokój ten wynika z poczucia, że świat powinien być, a nie jest, nasycony sensem. Stąd skłonność umysłu do zamieniania wszystkiego w znaki. Kontakt ze światem staje się wtedy lekturą, a świat wymagającym interpretacji tekstem. Edypa odczuła to najsilniej, gdy przyglądała się zabudowie jednego z kalifornijskich miast. Na myśl przyszła jej wtedy chwila, gdy po raz pierwszy otworzyła radio tranzystorowe i zobaczyła płytkę obwodu drukowanego. „W obu tych zewnętrznych formach dostrzegła hieroglificzne wzory ukrytych znaczeń usiłujących jej coś przekazać”. Warto zapamiętać to zdanie. Czym jest to „coś”, Pynchon za chwilę precyzuje, używając terminologii teologicznej: Edypa, czytamy, doznała „objawienia”. Słowo to powróci wielokrotnie, raz nawet w towarzystwie innego, zbliżonego leksykalnie terminu: „zbawienia”.
Rzeczywistość, w której żyje Edypa, to świat po zaniku wiary w trwałe, ostateczne znaczenie, gdy Bóg wyszedł z domu i nie wrócił. Zakładam, że w tej akurat powieści nie od rzeczy było policzyć, ile razy autor przywołuje imię Boga, skoro Edypa zrobiła to już w drugim zdaniu pierwszego akapitu. Policzyłem: Bóg przywołany został trzynastokrotnie, niemal zawsze nadaremno, głównie jako element potocznych frazeologizmów, takich jak „Bóg wie”, doskonale wymiennych z „licho wie”.
W kilku przypadkach Bóg się jednak z oków frazeologii uwalnia i czytamy, na przykład, że brak odpowiedzi jest „oddechem Boga”, a wtedy musimy chciał nie chciał rzecz potraktować serio, by wraz z Edypą poczuć, zacytujmy: „bliskość absolutu, zapowiedź hierofanii”. Pynchon wie, jak zresztą wiedzą wszyscy, że swojego Boga może zastąpić Słowem, i czyni to w zdaniu najcięższego w tej powieści kalibru, w którym mowa o „głosach, które powtarzane w nieskończoność, dadzą wreszcie pewnego dnia początek temu, co nienazwane, nowemu rozpoznaniu, Słowu”. Ciekawe, że nierzadko Słowo to przybiera skromniejszą postać słowa. Pozwala mi to przyjąć z pozoru tylko rewolucyjną tezę, że bohaterką powieści jest w gruncie rzeczy ortografia, a konkretnie fluktuacja między wielką a małą literą.

Ukryte komunikaty
Świat nieintensywny, w którym nie kryje się czekający na odczytanie sens, byłby dla Edypy nie do pojęcia, ale nie tylko dla niej. Kiedy czytałem powieść Pynchona, przypomniała mi się inna proza innego, polskojęzycznego autora, opublikowana niemal w tym samym czasie, w której dostrzec można równoległą myśl: „Gwiaździstość nieba bezksiężycowego – niesłychana – w tych wyrojeniach wybijały się konstelacje, niektóre znałem, Wielki Wóz, Niedźwiedzica, odnajdywałem je, ale inne, mnie nie wiadome, też czaiły się jakby wpisane w rozmieszczenie główniejszych gwiazd, próbowałem ustalać linie, wiążące w figury… i to rozróżnianie, narzucanie tej mapy, zmęczyło mnie nagle, przerzuciłem się na ogródek, ale i tutaj zmęczyła mnie zaraz wielość przedmiotów”.
To „Kosmos” Gombrowicza. Impuls układania rozproszonego świata w znaczące konstelacje i zamieniania rzeczywistości w znaki staje się przekleństwem dla bohatera tej powieści, który w „smużce i kresce” na ścianie widzi strzałkę, a więc znak odsyłający dalej, gdzieś „poza”. Nic dziwnego, że bohater pyta: „jak to jest, że, urodzeni z chaosu, nie możemy nigdy z nim się zetknąć, zaledwie spojrzymy, a już pod naszym spojrzeniem rodzi się porządek… i kształt”.
Najwidoczniej jako gatunek cierpimy na przypadłość, którą nazwałbym pansemiozą – rzecz pozbawiona znaczenia wytrąca nas z równowagi, zmusza do dostrzegania, a raczej kreowania „hieroglificznych wzorów ukrytych znaczeń”. Tej potrzebie „znakowienia” świata towarzyszy zazwyczaj poczucie bezradności, bo gdy już przedmiot zamienimy w znak, czeka nas trudne zadanie jego odczytania.
Pierwotny impuls nakazujący Edypie dopatrywać się we wszystkim ukrytych komunikatów przeradza się w graniczące z obłąkaniem śledztwo. Na plan pierwszy wysuwa się przejęta w masie spadkowej kolekcja znaczków pocztowych zmarłego milionera, która okaże się serią Gombrowiczowskich „strzałek”, czymś znacznie więcej niż udaną lokatą kapitału. Język polski pozwolił pięknie wpisać ten wątek w temat wspomnianej już pansemiozy: „znaczki” to zdrobnienie od „znaków”. Edypa przygląda się znaczkom i widzi w nich znaki – dzięki polszczyźnie i melodii językowego przypadku.
Kto ma głos w „49 idzie pod młotek”
Poczciwa sentencja Oscara Wilde’a, że życie naśladuje sztukę, mało kogo dziś bulwersuje. Gdyby Wilde żył w naszych czasach, zamiast o sztuce powiedziałby o mediach. Reżyser Oliver Stone w „Urodzonych mordercach” (1995) poprowadził narrację tak, że tego, co dzieje się w realnym życiu bohaterów, nie można odróżnić od ruchomych obrazów widzianych na ekranie telewizora. Pynchon zrobił to samo, z tym, że trzydzieści lat przed Stone’em, uświadamiając nam, jak bardzo sztuczność zawładnęła naszą rzeczywistością.
Ze zręcznością prestidigitatora wyczarowuje literaturę z literatury, szermuje chwytami z powieści detektywistycznej, filmu drogi czy film-noir, zwodząc czytelnika a to aluzją do klasycznych mitów, a to znów historycznymi faktami. Na dodatek bohaterką swojej narracji czyni kobietę – znacząca decyzja, która pozwala nam czytać tę powieść przez pryzmat polityki płci. Edypa staje wobec reprezentujących władzę, drapieżnych i instrumentalnie ją traktujących mężczyzn, a misja, którą musi wypełnić, wydaje się zrazu kpiną z jej osoby: Edypa, nie Edyp, wejść musi w świat męskich (do niedawna) zajęć. Jak bardzo jest w tym świecie inna, widać choćby w scenie licytacji, gdzie jest jedyną na sali kobietą. Być może tym, co odkrywamy podczas powieściowej wędrówki, wcale nie jest istnienie tajnej organizacji, ale alternatywna opowieść kobiety, przyglądającej się Ameryce i poddającej ją własnym interpretacjom.
Obraz Ameryki, który się z tej powieści wyłania, jest, choć łatwo o tym zapomnieć, obrazem stworzonym przez kobietę, która tu, w świecie znaków – wbrew patriarchalnemu porządkowi – zamiast być jedynie nośnikiem znaczeń, te znaczenia tworzy.
Pynchon jednak nie zdecydował się oddać głosu Edypie – narracja, choć przefiltrowana przez jej umysł, jest trzecioosobowa. Istnienie konspiracyjnej sieci ogarniającej pół świata staje się dzięki tej narracji równie prawdopodobne jak to, że jest ona wyłącznie wytworem wyobraźni Edypy, efektem jej alkoholowego rauszu, a może narkotykową wizją. Jak rzeczywiście jest, Bóg wie. Pytanie pozostaje bez odpowiedzi, powieść urywa się w krytycznym momencie fabuły.
Zakończeniem historii Edypy i rzekomego spisku jest zakończenie powieści, bo ta historia nie istnieje nigdzie indziej, jak tylko na dwustu zadrukowanych stronach. Jakby dla przypomnienia nam o tej oczywistości ostatnie słowa w książce są powtórzeniem tytułu, odsyłają więc do dzieła, które właśnie skończyliśmy czytać. Powieść przegląda się w swoim odbiciu, a brak rozwiązania zagadki jest tej zagadki rozwiązaniem. Oddechem Boga?
Na ostatniej prostej Pynchon postanawia jednak raz jeszcze zdefiniować dręczący Edypę problem: „Za hieroglifami ulic kryło się transcendentne znaczenie – albo też martwa ziemia”, trzeciej możliwości nie ma. Zaskakujące to zdanie, bo, pomijając już skandal, jakim jest użycie przez Pynchona słowa „transcendentne”, jest tu coś, co zamienia to pozornie oczywiste rozumowanie w dowód perwersyjnej gry, jaką prowadzi z nami autor. „Martwa ziemia” jest bowiem wyrażeniem metaforycznym, a tym samym posiadającym „znaczenie”, nie mniejsze niż „ziemia jałowa” czy „ziemia obiecana”. Więc co to za albo-albo? Autor kpi? Bóg wie.
Pynchon i kontrkultura
PYNCHON I DYLAN
Pynchon przyjaźnił się z Richardem Fariñą, pieśniarzem folkowym i autorem kultowej powieści amerykańskiej kontrkultury, „Wszystko się spieprzyło, ale chyba będzie lepiej” (1966). W przedmowie do niej napisał: „powieść rozbrzmiewa jak Halleluja zagrane na kazoo przez dwustu muzyków o słuchu absolutnym”. Richardowi dedykował swoją „Tęczę grawitacji”, a na jego ślubie z Mimi, siostrą Joan Baez, był drużbą. W owym czasie w tym doborowym towarzystwie obracał się też, jako partner Baez, młody Robert Zimmerman, znany lepiej jako Bob Dylan.

PYNCHON I BEATLESI
W powieści kilkakrotnie słyszymy Beatlesów, którzy, gdy powieść powstawała, podbijali Amerykę, przełamując narodową żałobę po śmierci Kennedy’ego. Aluzją do nich jest kapela Volkswagenów (angielskie beetle to popularna nazwa garbusa), a jej przebojem „Chcę całować twoje stopy”, co uznajmy za pynchonowską wariację na temat tytułu nagrania, którym Beatlesi wdarli się na amerykańskie listy przebojów. Muzycy innego powieściowego zespołu noszą fryzury à la Beatlesi i nazywają się Paranoicy – nazwa o tyle zagadkowa, że dwa lata po opublikowaniu powieści Beatlesi nagrali parodystyczny utwór „Los Paranoias”. O tym, czy którykolwiek z nich czytał Pynchona, źródła milczą.

PYNCHON I LSD
Psychoterapeuta Edypy przeprowadza eksperymenty dotyczące skutków działania środków psychotropowych, w tym LSD, na „próbce populacji niepracujących żon”. To fikcja, ale papież kwasu, Timothy Leary, jeszcze jako wykładowca na Harvardzie, prowadził takie badania, wysyłając LSD znanym aktorom, muzykom, pisarzom. LSD długo uznawano za środek nieuzależniający, pomocny w leczeniu choćby alkoholizmu. W Ameryce jako pierwsze zdelegalizowały go Nevada i Kalifornia w 1966 roku. Mąż Edypy nie może się go nachwalić: „Biorę to, bo mogę słyszeć i widzieć, a nawet wąchać rzeczy, których inaczej nigdy bym nie poznał.” W świecie powieści Pynchona LSD pełni znacznie poważniejszą, choć nie do końca ujawnioną rolę.

„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















