Sztuka odpuszczania. Aktorka Maria Maj o wdzięczności i najwspanialszej córce na świecie

Maria Maj, aktorka: Na różnych etapach życia łapałam się czegoś, co byłoby większe ode mnie. Moja duchowość formowała się przez życiowe doświadczenia.
Czyta się kilka minut
Maria Maj // Fot. Maciej Zienkiewicz / Agencja Wyborcza.pl
Maria Maj // Fot. Maciej Zienkiewicz / Agencja Wyborcza.pl

Katarzyna Kubisiowska: Jak to jest zastąpić Ewę Dałkowską? 

Maria Maj: Mówisz o spektaklu „Kofman. Podwójne wiązanie”? Poprosiła mnie o to reżyserka Kasia Kalwat. Akurat w moim teatrze, Rozmaitości, miałam wolne. Dla starych aktorów własny teatr zawsze stoi na pierwszym miejscu. To była propozycja z Teatru Nowego. Zabrałam się za czytanie sztuki i podjęłam decyzję, że gram. Tyle że ze słuchawką.

To jest duża różnica?

Ze słuchawką sufler cały czas podaje do ucha kwestię, a aktor za nim powtarza. Propozycja przyszła w poniedziałek, we wtorek rano była próba generalna, w czwartek premiera. Nie dałabym rady nauczyć się całego tekstu w jedną noc. 

Zastępstwo w ostatniej chwili?

Ewa na próbie generalnej przewróciła się i została przewieziona na SOR. Zadzwoniłam wtedy do niej, rozmawiałyśmy. Teraz, gdy gram tę postać, czuję, że ona jest na scenie. Czasem do niej się zwracam: „Ewcia, Ewcia, pomóż, pomóż, proszę cię”.

Pomaga?

A jakże. Śmierć Ewy była dla nas wszystkich szokiem. Chorowała, była słaba, nie mówiła o tym nikomu. To był znakomity człowiek, charakterny. I fenomenalna aktorka – wszechstronna, wykształcona. Odważna. Gotowa machać starym biustem na ekranie, jak to zrobiła w „Body”.

Nie każda aktorka to zrobi?

Ja bym nie zrobiła.

Ty nie?

Ćwierć wieku temu była we mnie jeszcze odwaga. W „Bachantkach” grałyśmy – Magda Kuta, Staszka Celińska i ja – pomalowane na różne kolory. Kiedyś miałyśmy występować w Antwerpii. Jak jesteśmy na wyjeździe, to przychodzi ochota, by przekroczyć jakąś granicę. Rozmawiamy z Magdą, że trzeba się trochę bardziej rozebrać. Reżyser – Krzyś Warlikowski – był zachwycony pomysłem. Nie wiemy tylko, czy Staszka się zgodzi. A Staszka na to: „Dziewczynki, musicie obejrzeć ten mój biust, bo ja nie wiem, czy on się nadaje”. Oczywiście, że się nadawał. 

Ewa Dałkowska przychodziła na próby mimo ciężkiej choroby. To aktorski etos?

Podobno Ewa na SOR-ze powiedziała; „Panie doktorze, ale ja muszę grać, ja mam premierę”.

Też byś tak mówiła?

Bez przesady. Całe życie jest dla mnie interesujące, niekoniecznie tylko granie. Aktorką jestem prawie 60 lat i jednak trochę czuję się tym zmęczona. Poza tym nie mam temperamentu gwiazdy, raczej jestem bachantką. Istotniejsze są spotkania, przygody, wyzwania niż potrzeba bycia w świetle, na scenie, przed kamerą. 

Naprawdę mogłabyś żyć bez aktorstwa?

W latach 90. jako aktorka nie miałam zbyt wielu propozycji. Z całym zespołem Janusza Wiśniewskiego przenieśliśmy się z Poznania do Warszawy. Graliśmy, ale wciąż nie starczało na życie, musiałam dorabiać.

Janusz Stokłosa zaproponował mi wtedy posadę sekretarki w Teatrze Buffo, za co będę mu zawsze wdzięczna. Oficjalnie to się nazywało, że jestem asystentką Stokłosy w wydawnictwie muzycznym. I ja się w tym sprawdzałam, ba, nawet mnie to bawiło. Co prawda raz przelałam dwa tysiące złotych zamiast dwustu, ale na szczęście trafiłam na uczciwych ludzi i pieniądze zwrócili. 

Na asystentkę to się kompletnie nie nadawałaś.

Ciągle dowiaduję się czegoś nowego o sobie. Jak mówi Sarah Kofman, cytując samego Sartre’a: „Jestem tym, kim nie jestem, i nie jestem tym, kim jestem”. 

Jaka była Warszawa lat 90. dla aktorki?

Tej z prowincji? Nieprzyjazna. Kiedy dla Warszawy opuszczałam Poznań, koledzy mówili, że to szaleństwo. Jechałam w nieznane: nie miałam mieszkania, znajomości. Nic nie miałam.

Miałaś imponujący dorobek: grałaś ważne role u Tomaszewskiego, Lupy, Grabowskiego, Cywińskiej...

Ale kto w Warszawie słyszał o Henryku Tomaszewskim, z wyjątkiem garstki teatrologów i paru krytyków? Tu obowiązywały inne kryteria. Trzeba było grać w filmach, serialach, Teatrze Telewizji. Prowincja w tym czasie nie za bardzo się liczyła, tylko najwięksi zapaleńcy jeździli na spektakle do Wałbrzycha, Jeleniej Góry, Kalisza czy nawet Wrocławia i Poznania. W Warszawie musiałam zaczynać wszystko od nowa.

I jak to się robi?

Ciężko. Potrzeba dużo samozaparcia, wysiłku i być gotowym na poniesienie rozlicznych strat. 

Tobie się udało: od lat praktycznie nie schodzisz z planu i sceny. I zarażasz entuzjazmem.

On mnie prowadzi przez życie. Jest tak, że ja się w twórcy zakochuję. Staję się fanką, podziwiam dzieło, chcę pracować z tym człowiekiem. I udaje mi się. Ale kiedy widzę, że współpraca się wyczerpuje, formuła już się nie sprawdza, to odchodzę. Wolę iść dalej, rozwijać się. Pod tym względem jestem interesowna. A tym interesem jest robienie dobrej sztuki.

Co jeszcze jest interesem?

Poszukiwanie sensu. 

Jak?

Spójrz na te książki leżące w przedpokoju. Rozdaję je, bierz, jak coś cię interesuje. Jest Prokopiuk, Jung, Cioran, Eliade, Uspieński, Tischner... To dobrze obrazuje moją ścieżkę duchową. Tu gnoza, tam ezoteryka, tu psychoanaliza, tam chrześcijaństwo. Na różnych etapach życia łapałam się czegoś, co byłoby większe ode mnie, jakiejś idei, która objaśniałaby mi świat, nie tylko ludzki. 

A teraz czytam kryminały. To wszystko mi przeszło.

Nie wierzę.

Wiesz, że ja nawet przez trzy lata byłam buddystką? Chodziłam do sanghi, medytowałam. W buddyzmie tybetańskim wizualizuje się różnych świętych, no to, proszę ciebie, mnie się pokazywały Jezuski i Matki Boskie. Moja matka ofiarowała mnie Matce Boskiej Gromniczej i dała na imię Maria, więc co zrobić?

Stwierdziłam jednak, że buddyzm to nie mój świat, wychowałam się w innej kulturze. I powróciłam do chrześcijaństwa. Choć poza instytucją Kościoła i tym wszystkim, co się w niej okropnego wyczynia. Przez jakiś czas prowadził mnie Richard Rohr, franciszkanin. Czytałam jego „Prostotę. Sztukę odpuszczania” , „Rzeczy ukryte”... Mam do niego słabość, może dlatego, że św. Franciszek jest dla mnie wiarygodnym świętym. A poza tym moją duchowość formowały życiowe doświadczenia. Choroba i śmierć córki to przekroczenia zmieniające myślenie.

Jak to dźwignęłaś?

Śmierć Kasi była już wyzwoleniem, ale sama choroba to straszne doświadczenie. Patrzysz, jak cierpi twój najbliższy człowiek, i nie możesz pomóc. Samo odchodzenie Kasi trwało trzy miesiące, nie wiadomo było, ile to potrwa. Każdy dzień był wyzwaniem. Żyłam między teatrem a Kasią. A na tym ostatnim odcinku jej życia porozumiewałyśmy się już tylko gestami, spojrzeniami... Słowa nie były potrzebne. Ja byłam przy Kasi. A przy mnie byli przyjaciele.

Ci z teatru?

Okazywali mi serdeczność, pomagali, jak mogli. Adaś Woronowicz chyba nawet nie miał świadomości, że to robi. Może dlatego, że inni trochę się ze mną cackali, nie za bardzo wiedzieli, jak rozmawiać, o co zapytać. A Adaś  był konkretny, bezpośredni, nie bał się konfrontacji.

Trzy tygodnie po śmierci Kasi powiedział coś, czego dokładnie nie pamiętam, ale co wywołało we mnie szloch potworny. Wyłam nieludzkim wyciem. I poczułam ulgę, jakbym kłąb bólu z siebie wyrzuciła. Bo wcześniej nie było czasu na jakiekolwiek przeżycie. Choroba, pogrzeb, stypa. Musiałam to wziąć na klatę.

Żeby się nie rozsypać?

Odkąd pamiętam, sama wszystko organizowałam. Kiedy wyszłam za mąż – a byłam młodziutka i naprawdę niewiele wiedziałam o życiu – to sądziłam, że wszystko się samo zorganizuje. Jakoś to będzie... A okazało, że nic się nie zorganizowało, tylko ja musiałam to organizować. Mieszkanie, łączenie aktorstwa z rodzicielstwem.

Kasię urodziłam dość wcześnie i prawdę powiedziawszy, nie bardzo byłam gotowa na macierzyństwo. Podobnie było z moją mamą, która wcześniej urodziła mnie. Kasia też zrobiła to samo. Kiedy urodziła swoją córkę, powiedziała: „Daję ci lepszą mnie”.

Co to właściwie znaczyło?

Nie miałyśmy łatwej relacji. Kasia nie mogła mi darować wyjazdu z Jeleniej Góry. Miała 8 lat, a ja wyrwałam ją ze środowiska, z domu pełnego ludzi. Ona czuła się tam wolna i szczęśliwa. Przeniosłyśmy się do Opola, gdzie miał powstać Teatr Pokolenia. Guzik z tego wyszło. No właśnie: mnie wiódł entuzjazm. 

Entuzjazm równa się ryzyko?

Mnie też ciężko było opuścić Jelenią Górę, przecież to tu zagrałam w sześciu spektaklach u mojego ukochanego Tomaszewskiego. Tam też Krystian Lupa stworzył swoją „utopię”. Z teatru praktycznie nie wychodziłam, żyłam w nim i nim.

A Opole?

Pierwszy szok: mieszkamy w bloku. Drugi: brak towarzystwa. Trzeci: jeśli w Jeleniej Górze byłam królową, to w Opolu byłam aktoreczką prowincjonalną. A kiedy Kasia już się do Opola trochę przyzwyczaiła, miała krąg znajomych, to po dwóch latach pojechałyśmy do Poznania. I znowu to samo: wchodzenie w nowy świat.

Jelenia Góra, Maria Maj z Henrykiem Tomaszewskim podczas próby przedstawienia „Protesilas i Laodamia”, lata 70 // Fot. Leszek Strzelec / archiwum Marii Maj

Kasia nie mogła się w tym wszystkim odnaleźć. Coraz trudniej było nam się dogadać. Tylko krzyczałyśmy, każda forsowała swoją rację. To było nieznośnie. Ale w pewnym momencie zaczęłyśmy pisać do siebie listy. Emocje opadały, powoli zaczęło się między nami układać.

A potem Kasia sama została mamą, miała problemy z własnymi dziećmi. Szczególnie ze starszą córką, która teraz jest ideałem. Więc nie o naszej relacji, tylko o jej kłopotach rozmawiałyśmy – co zrobić, jak zaradzić. Choć, prawdę powiedziawszy, ja zawsze obwiniałam się za każde niepowodzenie, błąd. No i niestety przekazałam to mojej córce. Kasia, która była obdarzona wspaniałym poczuciem humoru, w trudnych chwilach mówiła: „Boże, i nawet to moje ukochane poczucie winy mnie opuściło”.

Ono wszystkie nas zamęcza. 

Gdyby Kasi udało się wyjść z tej choroby, to miałabym teraz najwspanialszą córkę na świecie. Bardzo mi jej brakuje. 

Największa utrata, jakiej człowiek może doświadczyć. 

Przez chorobę i śmierć Kasi nabrałam innego stosunku do życia i do śmierci. Nie, nie powiem, że jestem pogodzona z czymś, z czym trudno się pogodzić. Wokół tylu ważnych ludzi odchodzi. Jadzia Jankowska-Cieślak umarła trzy miesiące przed Ewą Dałkowską. To aktorki z mojego pokolenie. Pewien świat się kończy... Ale trzeba iść dalej.

Działać? 

Nie poddawać się. Można zgrzybieć, zgorzknieć, usiąść i narzekać. Ale po co? Ile zostało ci życia? Wiesz, ja nadal jestem pełna entuzjazmu. Tak samo jak Joasia Braun, znakomita scenografka i moja przyjaciółka – ten entuzjazm nas scala.

Joasia, ze względu na to, że jest odrobinę starsza, stała się moją mistrzynią i przewodniczką, której słucham. Ona nie wyprzedza mnie o 100 km, tylko o parę kroków, więc mogę za nią nadążyć. Dwa razy w tygodniu dzwonimy do siebie wieczorem i rozmawiamy: o jej wystawach, o moich sztukach, o przeczytanych książkach, o spotykanych ludziach.

I mam ogromną wdzięczność do ludzi, nawet tych, z którymi nie utrzymuję już kontaktu, bo mieliśmy jakiś spór i coś się rozpadło, urwało. Ale przecież na którymś odcinku życia los nas połączył. 

Od zawsze tak myślisz? 

Z czasem złagodniałam, jest we mnie więcej wyrozumiałości. Mam mniej pretensji nie tylko do ludzi, ale i do siebie. Trzy, może cztery lata temu nawet się polubiłam. Przed zaśnięciem robię rachunek sumienia, że dumna jestem nawet z jakichś drobiazgów. Ale jak w tym rachunku myślę, że jestem wdzięczna komuś, to zaraz się upominam: hola, hola, przede wszystkim sobie samej jestem wdzięczna... Przeszłam jakby na drugą stronę z tej pokory, poczucia, że jest się niepraktyczną bidą, bo nie prowadzę samochodu, nie mam willi pod Warszawą.

Już Cię widzę w tej willi. 

Kiedyś z moją koleżanką gadałyśmy przy winie i ona w pewnym momencie wypaliła: „Bo ty jesteś lepsza ode mnie”. Ja na to: „To ty przecież jesteś lepsza ode mnie”. No i uzgodniłyśmy to, że obie jesteśmy lepsze. Bo ona stworzyła dom, a ja z kolei mam wspaniałą pracę. Każda z nas podziwia u drugiej to, czego sama nie ma.

Nie da się mieć wszystkiego?

Im wcześniej sobie to uświadomisz, tym mniej czasu stracisz. 

Ciekawią mnie jeszcze te Twoje spotkania z ludźmi.

Przykład z Anią Dymną dobrze pokazuje, jak działa taki łańcuszek. Przez ponad rok grałyśmy w serialu „Licencja na wychowanie”. Całkiem to było fajne, potem nas wygryzła „Rodzinka.pl”.

Ania kiedyś mówi: „Maja, może byś przyjechała do Krakowa, do Salonu Poezji, prowadzę go w Teatrze Słowackiego. Teraz planujemy czytanie wierszy wielkopostnych”. Ja na to: „Ale ja od dawna jestem poza Kościołem, nie wiem, czy powinnam. Poza tym, jak czytam wiersze, to płaczę. Więc w ogóle się nie nadaję”. Ania: „To dobierz sobie kogoś i przeczytajcie w dwójkę”. Ja: „Dobra, to zrobię to z Adasiem Woronowiczem, który też jest człowiekiem wierzącym”.

Poprosiłam jeszcze Tomka Cyza: „Przygotuj mi jakieś heretyckie wiersze, ale takie duchowe”. Tomek podsunął mi Różewicza, Adaś zaś wybrał głęboką poezję krzyża. Zrobiliśmy próbę, poprosiliśmy Magdą Kutę, by powiedziała, czy to, co robimy, jest w porządku. Ale co ja zaczynam czytać wiersz, to płaczę. I Magda też płacze.

Trudno, jest jak jest, jedziemy do Krakowa. Pełna sala, sporo sióstr zakonnych, które przyszły na Adasia, bo on kiedyś grał Popiełuszkę. Czytamy. Ja oczywiście płaczę. Patrzę: Adaś też płacze. Potem mi mówi: „Majka, my byśmy teraz mogli zrobić trasę z tymi wierszami po wszystkich plebaniach i kościołach Małopolski”. 

Specjalnie mnie rozśmieszasz.

Pytałaś mnie na początku, jak to jest przejąć rolę po Ewie Dałkowskiej. Wiesz, myśmy się spotkały na scenie, grałyśmy w „Dybuku” Krzyśka Warlikowskiego. Z tym spektaklem byłyśmy w Edynburgu, Jerozolimie, Bukareszcie, Rio, Francji...

Z Ewą lubiłyśmy się z racji wieku, ale też łączyło nas podobne poczucie humoru. I z Ewą dobrze się grało, ona była na scenie partnerką. Bo istnieje typ aktorów tak przejętych sobą, że nie zważają na kolegów. A w graniu zespołowym kluczowe jest zaufanie, uwaga, współpraca. Nie wiem, czy ja bym mogła pracować w zespole, w którym aktorzy nie łapią ze sobą kontaktu. A w samym „Kofman” gra wspaniała Maja Ostaszewska, którą znam od jej szesnastego roku życia. Więc łączy nas szczególny rodzaj więzi. Umocniony i tym, że w „Kofman” gramy matkę i córkę. W „Bziku tropikalnym” też grałyśmy matkę i córkę.

Niebywałą aktorką jest też Małgosia Hajewska-Krzysztofik. Talent, charyzma. I ta energia, która tworzy się na scenie i która decyduje o sukcesie lub porażce. Tu się udało. Więc jestem Ewie Dałkowskiej za to wszystko bardzo, bardzo wdzięczna...


MARIA MAJ (ur. 1948) – aktorka, od lat w zespole TR Warszawa. Zagrała m.in. w filmach pełnometrażowych: „Wszystkie nasze strachy”, „Grzyby” oraz serialach „Planeta singli” i „Wielka woda”


Spotkaj się ze mną podczas ZLOTU POWSZECHNEGO: już 29 maja w Krakowie!

Zlot Powszechny to ogólnopolski zjazd sympatyków Tygodnika Powszechnego, którego centralnym punktem będą rozmowy z udziałem redaktorów, dziennikarzy i współpracowników.

Chcemy, aby Zlot Powszechny był miejscem pogłębionej debaty na najważniejsze dziś tematy społeczne. Miejscem nawiązywania kontaktów, twórczej energii i prawdziwej dyskusji. Bez pośpiechu. Bez uproszczeń. Z uważnością. Wydarzenie odbędzie się w piątek 29 maja w Krakowie w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha. Uświetni je koncert Grzegorza Turnaua.

Bilety na ZLOT POWSZECHNY są dostępne w serwisie Evenea >>>


Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Na okładce: Chrystus Pantokrator zXIX w., autor nieznany, galeria miejska wJaninie, Grecja // Historic Images / Alamy Stock Photo

Artykuł pochodzi z numeru Nr 12/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Rachunek wdzięczności