Na co patrzy Ryan Gosling. I dlaczego świat nie może oderwać od niego wzroku

Jak to jest? Kiedy ja wbijam wzrok w pojedynczy punkt i delikatnie mrużę oczy, ludzie pytają, czy wszystko ze mną w porządku. Kiedy robi to Gosling, cały świat wariuje i rzuca w niego pieniędzmi.
Czyta się kilka minut
Ryan Gosling jako Ryland Grace w filmie „Projekt Hail Mary”, reż. Phil Lord i Christopher Miller, dystr. UIP // Fot. Jonathan Olley / Amazon Content Services
Ryan Gosling jako Ryland Grace w filmie „Projekt Hail Mary”, reż. Phil Lord i Christopher Miller, dystr. UIP // Fot. Jonathan Olley / Amazon Content Services

Oparty o werandę motocykl, fortepian na hollywoodzkim bulwarze, dmuchana lalka, księżyc zawieszony w kosmicznej próżni, holograficzna dziewczyna górująca nad miejskim labiryntem, kubek z kawą, winda, pusty fotel. To tylko niektóre z tysiąca rzeczy, na które w milczeniu spoglądał Ryan Gosling

Jak to jest? Kiedy ja wbijam wzrok w pojedynczy punkt i delikatnie mrużę oczy, ludzie pytają, czy wszystko ze mną w porządku. Kiedy robi to Gosling, cały świat wariuje i rzuca w niego pieniędzmi.

„Projekt Hail Mary”: Gosling znów leci w kosmos

Obserwowanie ludzi i przedmiotów w zadumie nie jest techniką z elementarza Stanisławskiego. Trudno też dostrzec w podobnym zachowaniu koło zamachowe jakiejkolwiek produkcji – w kinie chodzi raczej o ruch, tempo, zmienną dynamikę, nawet na wykrzywianej grymasami twarzy. Jakimś cudem kanadyjski aktor był w stanie uczynić z tego rodzaju fotogenicznej bierności swoją wizytówkę, a jednocześnie zrobić karierę w filmach wszelkich wag i gatunków.

Przez ostatnie lata widzieliśmy go w wystawnych hollywoodzkich blockbusterach („Barbie” i „Kaskader”), u żywych klasyków formatu Terrence’a Malicka („Song to Song”) oraz w krojonych pod Oscary dramatach biograficznych („Pierwszy człowiek”). Aktor stroił się w netfliksową konfekcję („Gray Man”) i zadawał szyku w ostrych jak brzytwa satyrach („Big Short”). Strzelał też do złoczyńców, spadał z wieżowców, uczył podrywu, no i kochał się na zabój – w ludziach, robotach i plastikowych lalkach. Obnosił się z tym szczególnym rodzajem nonszalancji, który zamienia dobrego aktora w gwiazdę.

We wchodzącym właśnie na ekrany kin filmie „Projekt Hail Mary” Phila Lorda i Christophera Millera znów leci w kosmos. Jako cierpiący na amnezję nauczyciel rozwiąże zagadkę wypalonego słońca. I jest to kolejny film, który uświadamia, że naprawdę trudno dziś traktować karierę Goslinga inaczej niż w kategoriach sentymentalnej podróży do czasów złotej ery Hollywood.

W zgodzie z tą optyką każdy szanujący się aktor musi zaliczyć katalog tradycyjnie „męskich” ról. Zostać kowbojem, astronautą, jazzmanem, policjantem oraz zranionym kochankiem. Gosling był każdym z nich. Niektórymi – po dwa razy.

Kariera Goslinga: bieg bez przeszkód

Nie mam pojęcia, czy fenomen „Klubu Myszki Miki” jako kuźni przyszłych gwiazd showbiznesu doczekał się jakichś naukowych opracowań. Nie da się natomiast ukryć, że popularny w latach 90. program muzyczny wypchnął na rynek całe pokolenie ikon kultury popularnej.

Uruchamianie odtwarzacza...

Gosling trafił do drużyny z Britney Spears, Christiną Aguilerą, Justinem Timberlakiem i Keri Russell. I choć czas spędzony na scenie wspomina jako seans nieustającej frustracji (powodowanej głównie zazdrością wobec innych utalentowanych dzieciaków), to już w 1995 r., po finale show, fundamenty jego hollywoodzkiej kariery były w zasadzie wylane. Wystarczyło tylko pokonać finałowy tor przeszkód i odhaczyć role w telewizji, reklamach oraz kinie niezależnym.

Ale cóż to był za bieg! Najpierw młody Kanadyjczyk pojawił się w popularnych amerykańskich serialach: „Czy boisz się ciemności”, „Szkole na fali” oraz „Młodym Herkulesie” (1998), czyli prequelu kultowej (również w Polsce) produkcji z Kevinem Sorbo w roli głównej. Później zaś rozsadził ekran w „Fanatyku” (2001) Henry’ego Beana – thrillerze o ambitnym uczniu jesziwy, którego autorska interpretacja Tory wpycha w sidła neonazizmu. 

A jeśli zaczynasz swoją aktorską drogę od zagrania młodszej wersji Kevina Sorbo oraz Żyda zachwalającego „ostateczne rozwiązanie”, to wiedz, że sława jest tuż za rogiem.

Gosling i pierwsze nominacje do Oskara

O ile na przełomie wieków nieco zbyt często obsadzano Goslinga w rolach ofiar nastoletniej psychomachii, o tyle przez kolejne dwie dekady był już spadkobiercą dawnych hollywoodzkich tradycji. Nie ma sceny, która ilustrowałaby to lepiej niż pocałunek w strugach deszczu złożony na ustach Rachel McAdams w „Pamiętniku” (2004) Johna Cassavetesa.

Kto by się przejmował zapachem naftaliny, skoro na naszych oczach eksplodowała gwiazda. Kolejne partie Goslinga scementowały ten wizerunek. W „Szkolnym chwycie” (2006) Ryana Flecka zagrał uzależnionego od narkotyków nauczyciela, zdobywając pierwszą w karierze nominację do Oscara (kolejne otrzymał za musical „La La Land” Damiena Chazelle’a oraz komedię „Barbie” Grety Gerwig)

W „Słabym punkcie” (2007) Gregory’ego Hoblita odnalazł się w innej naftalinowej konwencji – thrillera prawniczego o aroganckim i rzutkim adwokacie oraz jego makiawelicznym rywalu-mentorze. „Miłość Larsa” (2007) Craiga Gillespiego umocniła z kolei jego więzi ze sceną niezależną, a „Drive” (2011) Nicolasa Windinga Refna otworzył mu drzwi do panteonu popkultury. Jako zakochany mściciel bujał się do rytmu synthpopowych hitów, jeździł Chevroletem Malibu rocznik ’73, nosił białą skórzaną kurtkę ze złotym skorpionem i wywijał zakrwawionym młotkiem.

„Pamiętnik” powracał w jego filmografii jako interesujący kontekst. Zwłaszcza w filmach rozprawiających się z mitem romantycznej miłości. „Blue Valentine” (2010) Dereka Cianfrance’a to horror o związku, opowieść o erozji struktury opartej na wspólnocie potrzeb emocjonalnych, seksualnych i duchowych. Dźwigany na barkach przez Goslinga i Michelle Williams, rozpisany został na kontrapunktowe sceny agresji i czułości.

Współpraca aktora z Cianfrance’em zakończyła się na dwóch filmach – na planie „Drugiego oblicza” (2012) poznał swoją żonę, aktorkę Evę Mendes. Niestety, karkołomna konstrukcja, w której najpiękniejsza para Hollywood udaje zmęczonych życiem mieszkańców Pasa Rdzy, nie do końca zdała egzamin.

Dlaczego? Ponieważ jeśli coś Goslingowi przychodzi z trudem, to właśnie portretowanie zakodowanych w ten sposób postaci. Z jednej strony cierpiących, krwawiących i stąpających po uwalanej błotem ziemi. Z drugiej – przywodzących na myśl archetypiczne figury buntowników bez powodu, będących kolejną inkarnacją Jamesa Deana.

Gosling i Ken: relikt patriarchatu

Gdy Ryan Gosling nie patrzy na rzeczy, odsuwa delikatnie głowę w geście dezaprobaty. Stąd pomysł, by na rozmaitych kadrach z filmów podsuwać mu do ust łyżkę z płatkami śniadaniowymi. Ustalmy to raz na zawsze – Ryan Gosling nie chce waszych płatków. Sam akt odmowy jest jednak w jego karierze ważny. To błyskawiczne przestawienie zwrotnicy pomiędzy tonami dramatycznymi i komediowymi.

Komedia odkryła go późno. Nie służyło mu ani emploi rozmarzonego twardziela, ani role, w których boksował się z nałogami. Kluczem do konwencji okazał się jeden z ważniejszych psychologicznych mechanizmów odbioru kina gatunków. Żeby wzbudzić w widzu sympatię do bohatera, ten ostatni musi być bardziej kompetentny od widza we własnej profesji i równie niekompetentny w wyzwaniach codzienności.

Fajtłapowaty policjant z „Nice Guys. Równych gości” (2016) Shane’a Blacka oraz tytułowy „Kaskader” (2024) z filmu Davida Leitcha robią standardowe rzeczy, których oczekujemy od bohaterów kina akcji albo czarnego kryminału. Mierzą się w boju z siepaczami mafii, łączą kropki na tablicy korkowej, romansują z upadłymi aniołami, a bandziorów raczą sarkastycznymi odzywkami.

A jednak pozostają zaskakująco ludzcy w swojej nieporadności. Gdy jeden z nich próbuje włamać się do domu skorumpowanego polityka, wybijając szybę łokciem, kończy na ostrym dyżurze. Nietrudno z nim sympatyzować. Też byśmy się pokaleczyli.

Zwieńczeniem wszystkich tych ról jest oczywiście Ken – kompan Barbie oraz plastikowy symbol męskości definiowanej w zgodzie z fluktuującymi w kulturze trendami. W interpretacji Goslinga plastikowy przystojniak to w dużej mierze relikt odchodzącego patriarchalnego porządku. Ale też, na prawach autotematycznej konwencji, sam Gosling: piękny chłopiec, który, żeby przetrwać w dynamicznie zmieniającym się świecie, cały czas musi wymyślać się na nowo.

Dlaczego nie wiemy, co Gosling myśli o geopolityce

Jako że aktor uczynił z tych zmian tonacji element swojego medialnego wizerunku, traktujemy go dziś jako fajnego, bezpretensjonalnego gościa. A co za tym idzie – wierzymy mu w każdej roli. Nawet w odmalowanym pastelowymi kolorami świecie „La La Landu” (2016) oraz zimnowojennej rzeczywistości „Pierwszego człowieka” (2018) jest w stanie przerzucić pomost między wyjątkową jednostką a twarzą z szarego tłumu.   

Obydwa te filmy wyreżyserował Damien Chazelle. Obydwa opowiadają o tym, że szczęście jest w drodze do nieśmiertelności kłopotliwym balastem. Jeśli więc sukces Goslinga – nie tyle jako aktora, co jako celebryty oraz popkulturowej ikony – wydaje się dziś oczywisty, to właśnie z powodu łatwości, z jaką artysta zadaje temu twierdzeniu kłam.

Po mediach nie fruwają jego idiotyczne wypowiedzi na temat geopolityki. Jego życie rodzinne nie jest przedmiotem plotek, działalność charytatywna przechodzi pod radarem, największe skandale zaś dotyczą roboty na planie. Czy był zbyt stary, żeby zagrać Kena? Czy mógł szybciej potępić Harveya Weinsteina? Czy powinien był schudnąć do straconej roli w „Nostalgii anioła”? Kogo to obchodzi!

Natomiast co do sukcesu w zawodzie, jego miarą, bez względu na oscarowe statuetki, pozostają zasiane w widzach żywe emocje. Motocykl na werandzie przypomina o życiu bez zobowiązań, które dawno zostało w tyle. Pianino na bulwarze jest sednem opowieści o sztuce na kursie kolizyjnym z miłością. Księżyc to jedyne miejsce, na które można uciec w żałobie. Holograficzna dziewczyna ostrzega: życie to jedna wielka symulacja.

Ostatecznie Ryan Gosling nie spogląda na te wszystkie rzeczy bez powodu. Frustruje mnie tylko, że robiąc to, wygląda na mądrzejszego od nas.

Oscary, których nie dostał Ryan Gosling

Blue Valentine (2010)

Reż. Derek Cianfrance; HBO Max

Ryan Gosling i Michelle Williams w filmie "Blue Valentine", reż. Derek Cianfrance, 2010 r. // materiały prasowe HBO

Historia związku Cindy (Michelle Williams) i Deana (Ryan Gosling) zaczyna się w rejonach komedii romantycznej. Później zahacza o klasykę amerykańskiego kina niezależnego w stylu Richarda Linklatera, a następnie powolutku zmierza w stronę przygnębiającej psychodramy. Trudno dociec, czy worek z niewysłowionymi żalami, niezaleczonymi kompleksami oraz tłumionymi pretensjami ciąży bardziej widzom, czy bohaterom. Jedno jest pewne: bywały lepsze propozycje na Walentynki.

Kocha, lubi, szanuje (2011)

Reż. Glenn Ficarra, John Requa; HBO Max, Netflix

Ryan Gosling i Emma Stone w filmie "Kocha, lubi, szanuje", reż. Reż. Glenn Ficarra, John Requa, 2011 r. // materiały prasowe HBO

Misiek w kryzysie wieku średniego (Steve Carell) szuka swojej „zaginionej męskości”. Pomaga mu w tym Ryan Gosling z półką śnieżnobiałych zębów, w dwurzędowym bordowym garniturze i ze złotym sygnetem na palcu. „Kocha, lubi, szanuje” to jedna z pierwszych wypraw aktora na terytorium komedii. I od razu zakończona sukcesem – jako tracący grunt pod nogami żigolak Gosling jest jednocześnie zabawny i trochę niedzisiejszy. No i, jak słusznie zauważa jedna z bohaterek, wygląda, jakby obrobiono go w fotoszopie.

Pierwszy człowiek (2018)

Reż. Damien Chazelle; HBO Max

Ryan Gosling w filmie "Pierwszy człowiek", reż. Damien Chazelle, 2018 r. // materiały prasowe HBO

W interpretacji Chazelle’a i Goslinga Neil Armstrong to facet żyjący w tak głębokiej otchłani po śmierci córki, że lekarstwem na egzystencjalny ból może być jedynie inna otchłań. I naprawdę nie potrafię zrozumieć, jak Akademia mogła ten występ przeoczyć. W jednej scenie na obliczu aktora maluje się smutek przechodzący w otępienie. W innej – granicząca z szaleństwem determinacja. W większości scen wszystkie te emocje tańczą na twarzy w rytmie elegijnej muzyki Justina Hurwitza. Niezły kosmos.   

Blade Runner 2049 (2017)

Reż. Denis Villeneuve; HBO Max

Ryan Gosling w filmie "Blade Runner 2049", reż. Denis Villeneuve, 2017 r. // materiały prasowe HBO

Statystycznie rzecz biorąc, „Blade Runner 2049” Denisa Villeneuve’a to film, w którym Ryan Gosling spogląda najczęściej i na najwięcej rzeczy. Obserwuje cyberpunkowe miasto-labirynt, wyjałowioną ziemię po ekologicznej zagładzie, wysokobiałkowe robaczki, śnieg padający na wraki samochodów i Harrisona Forda plującego sarkastycznymi odzywkami. Wygląda przy tym fantastycznie i przypomina, że wielkie kino science fiction to najczęściej kino ciszy i podskórnego napięcia.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Na okładce: Chrystus Pantokrator zXIX w., autor nieznany, galeria miejska wJaninie, Grecja // Historic Images / Alamy Stock Photo

Artykuł pochodzi z numeru Nr 12/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Był sobie chłopiec